Zaległości różne… i znowu Ostrowite!

Nowe wpisy nie pojawiały się na blogu od kilku tygodni już chyba, a to z racji notorycznego braku czasu. Spróbuję w telegraficznym skrócie opisać co się działo.

Wydawało się nam już, że zakończyliśmy działania w Ostrowitym. Prosto z wykopu pojechałem na jubileusz Pana Profesora Mariana Głoska:

(Zdjęcie zrobione jest telefonem – więc jakość nie najlepsza może).

Z okazji jubileuszu ukazała się księga pamiątkowa dedykowana Profesorowi:

Chwilę później okazało się, że w Ostrowitym to wcale nie był koniec. Gdzieś na skraju wykopu odsłoniliśmy kawałek jamy grobowej, a w niej tzw. tok od włóczni. Ponieważ większa część jamy grobowej znajdowała się pod hałdą postanowiłem pozostawić ją na następny sezon. Niestety – niejaki Piotr P. namówił mnie, żeby do Ostrowitego wrócić i grób przebadać teraz, zanim zostanie zniszczony w trakcie jesiennej lub wiosennej orki. Skoro bowiem na skraju jamy grobowej znalazł się tok od włóczni, to po drugiej stronie winien znaleźć się grot. A jeśli w grobie pochowano osobnika z włócznią, to kto wie jakie to cenne dla naszej wiedzy o wczesnym średniowieczu na Pomorzu rzeczy mogą się tam jeszcze znaleźć?

Dzień przed wyjazdem, po zrobieniu małego rozpoznania w literaturze przedmiotu okazało się, że właściwie w żadnym grobie szkieletowym, w którym znaleziono tok od włóczni, nie udało się znaleźć grotu. Co więcej pewne znaleziska sugerują, że toki były raczej okuciami lasek, a może wręcz pastorałów (no w Ostrowitym to ja bym się biskupa nie spodziewał). Krótko mówiąc na grot włóczni nie ma co liczyć. Mimo to pojechaliśmy.

Po 5 godzinach jazdy samochodem (kochamy polskie drogi!), 15-minutowej wizycie w Białych Błotach pojechaliśmy na stanowisko. Wykopy nadal były nie zasypane, bo Łukasz jeszcze negocjował spychacz. W trójkę zabraliśmy się do kopania. Już o zmroku skończyliśmy eksplorację. Grób wyglądał mniej więcej tak:

Jak widać nie trzeba było czekać do najbliższej orki. Płytka jama grobowa (jakieś 10 cm), złe warunki glebowe i skutek mamy taki, że szkielet jest zniszczony zarówno mechanicznie (od orki), jak i częściowo rozłożony…

 

Na rysunku wygląda to tak. Rzeczony grób nosi numer 34. Jak widać ze schematu okazało się, że oprócz toku zmarłego wyposażono także w nóż. Jama ułożona została nieco ukośnie, na osi W-E, z czaszką na wschód (właściwie był to tylko kawałek czaszki).

A tutaj komplet przedmiotów z grobu 34. Zapakowany w torebeczki czeka na swoją kolejkę do konserwacji. Zresztą stan zachowania tych przedmiotów jest całkiem niezły…

Po przenocowaniu w Białych Błotach powróciliśmy do Łodzi. Kilka dni później wykopy zostały zasypane. Teraz zaczynamy opracowanie wyników tegorocznych badań. To już na pewno koniec.

Jakieś półtora tygodnia później ścięło mnie choróbsko. W niedzielę dostałem gorączki i ległem na łożu boleści. Choroba (chyba grypa jakaś) była krótka i intensywna, bo już w środę wsiadłem w samochód by dojechać do Wrocławia na konferencję o Skandynawach w Polsce.

Zaczęło się dość ciasno w sali wrocławskiego oddziału Instytutu Archeologii i Etnologii PAN na ulicy Więziennej:

Liczba uczestników chyba zaskoczyła organizatorów, ale stanęli na wysokości zadania. Już sesja poobiednia przeniosła się do budynku Instytutu Historii Uniwersytetu Wrocławskiego, do obszernej auli, w której miejsca wystarczyło dla wszystkich:

Nie wiem czy konferencja będzie przełomem w badaniach nad obecnością skandynawską na obszarze Polski we wczesnym średniowieczu, ale można było zaobserwować dość wyraźnie kilka rzeczy:

– Historycy skupili się na historiografii. Właściwie nie próbowali odpowiedzieć na pytania o skalę, zakres i konsekwencje owej skandynawskiej obecności, skoncentrowali się na ukazaniu zmieniających się w nauce poglądów i ewentualnie powiązaniu ich z pewnymi zjawiskami o szerszej skali, jak rozmaite „izmy”, zwłaszcza nacjonalizmy czy programy badawcze poświęcone dowodzeniu polskości ziem odzyskanych po 1945 r.

– Wśród archeologów wyraźny jest natomiast wzrastający sceptycyzm lub przynajmniej ostrożność w kwestii nadawania etnicznych atrybucji zabytkom, czy zespołom zabytków. To chyba pewna reakcja na dość bezkrytyczne interpretacje skandynawskie pojawiające się w ostatnim dwudziestoleciu. Oczywiście ostrożność nie dotyczyła wszystkich uczestników konferencji i doszukiwano się Skandynawów, gdzie (jak sądzę) nigdy ich nie było, ale pewien trend się pojawił. I dobrze. Byle nie „przegiąć” w drugą stronę, bo to też już przerabialiśmy.

Konferencja się skończyła, wróciłem do Łodzi, ale czasu znów nie mam zbyt wiele. Trzeba pisać zaległe teksty, terminy naciskają, a już za 2,5 tygodnia konferencja w Malborku… Spodziewajcie się, że na blogu znów nie będzie wpisów przez dłuższy czas. A może się uda?

Muzeum statków Wikingów w Roskilde

Zainspirowany wpisem na Archeowieściach, w którym dowiadujemy się o odkryciu wraku statku Wikingów w Szwecji, pomyślałem, ze pokaże kilka zdjęć z Muzeum Statków Wikingów w Roskilde w Danii. W latach 60. XX wieku w wodach kanału, w miejscu zwanym Skuldelev, w rejonie fiordu w okolicach Roskilde odkryto pięć wraków z okresu wikińskiego. Zostały zatopione celowo, w jednym czasie, w drugiej połowie XI wieku, w celu zablokowania dostępu do fiordu. Port w Roskilde był chroniony wymyślnym systemem obronnym, który unimożliwiał nieprzyjacielskim okrętom dostęp od strony morza. Wykorzystano płycizny i mielizny, uzupełniono je skomplikowanym systemem zasieków i palisad wbijanych w dno fiordu, tak, by ściśle kontrolować drogę dostępu. W sytuacji zagrożenia istniejące przejścia blokowano specjalnie zatapianymi okrętami. Tak własnie zdeponowano owe pięć wraków – wypełnione kamieniami stanowiły część systemu ochrony.

W muzeum odwiedzający mogą sobie oglądać relikty tych okrętów.

DSC09190

Kolejne statki opatrzono nazwą Skuldelev i numerami. Należały do różnych typów, wykonanae były z różnych materiałów, w różnym czasie. Na zdjęciu powyżej Skuldelev 2 – długa łódź bojowa, długości ok. 30 m, wykonana w rejonie Dublina w Irlandii (w końcu było to miasto Wikingów).

DSC09191

Skuldelev 3, niewielkie (długości 13 metrów) statek transportowy. Ten wykonano w Danii.

DSC09192

Ten sam okręt w innym ujęciu.

Inne obejrzyjcie sobie w naturze…, albo na stronie muzeum (wraz z danymi technicznymi).

Wjazd do muzeum kosztuje poza sezonem 60 koron duńskich (korona to mniej więcej 0,6 PLN). W sezonie już 95. To są dość wysokie ceny – niestety Dania jest drogim krajem.

Oprócz 5 wraków są dwie sale projekcyjne (filmy o badaniach i rekonstrukcji okrętów), zestaw makiet ukazujących statki oraz Roskilde we wczesnym średniowieczu oraz specjalna sala:

DSC09207

W której dzieciaki (choć starszym też się zdarza), mogą przebrane za Wikingów bawić się (i fotografować) w pełnowymiarowych makietach okrętów.

DSC09185

Muzeum to także instytucja skupiająca osoby zaangażowane w archeologię doświadczalną. Okręty wikingów są tutaj odtwarzane (można sobie zamówić), organizowane są wyprawy morskie i imprezy rekonstruktorów. W skład kompleksu muzealnego wchodzi przystań i warsztaty szkutnicze pracujące metodami tradycyjnymi. Zobaczyć warto, choć trzeba zdać sobie sprawę z tego, że wycieczka nie jest tania (noclegi w Roskilde są potwornie drogie).