Nowa Mageia – recenzja subiektywna

Słowo „recenzja” w tytule jest zapewne przejawem mojej megalomanii. Nie, nie będzie to recenzja, raczej kilka impresji i uwag…

Nowa Mageia (przepraszam – być może kolejna Mageia będzie „nową Mageią”,zgodnie z applową nową, świecką tradycją wedle której iPad 3 został nazwany „Nowym iPadem”, zapewne dla zmylenia przeciwnika; obecne wydanie jest oficjalnie „Mageią 2”) ukazała się zaledwie dwa dni temu. Wczoraj stara wersja systemu zakomunikowała mi, że już więcej nie będzie wspierana i powinienem zainstalować ową nową. Nie wszystko poszło jak należy – system się zaktualizował, ale komputer nie chciał z nim współpracować. Dopiero świeża instalacja załatwiła sprawę. Być może nie jest to jednak wina samej Magei – moja karta graficzna odmawia bowiem współpracy z niektórymi linuksami (np. Ubuntu czy openSuse). Już kiedyś była w naprawie i na trochę jej się poprawiło, ale teraz chyba znów wariuje… Tak czy inaczej, od dwóch dni mamy nową Mageię (yyy… Mageię 2).

Mageia 2 pojawiła się do ściągnięcia w kilku wersjach, jednak prawdziwą nowością jest wersja Live 64 bity. Do tej pory zarówno Mageia, jak i jej starsza siostra Mandriva w wersji Live (zwanej: One) wypuszczane były wyłącznie w wersji 32 bitowej. Jeśli ktoś lubił brewerie i potrzebował 64 bitowego systemu, musiał instalować wersję Free (w 100% OpenSource) i ewentualnie uzupełniać ją o oprogramowanie własnościowe (np. sterowniki kart graficznych czy wi-fi). Teraz nie trzeba tego robić – mamy wersję Live z własnościowymi sterownikami w 64 bitach…

Twórcy nowej Magei zadbali o aktualne oprogramowanie. Pod maską mamy jądro 3.3.6 (prawie nówka), a użytkownik cieszyć się może KDE 4.8.2 lub Gnome 3.4.1. Osobiście preferuję KDE, które pojawiło się w Magei z nowym task managerem opartym o ikonki, zgodnie z modą wprowadzoną przez Windows Seven:

Domyślnym motywem pulpitu jest już Air, a dekoracje okien to tradycyjny Oxygen. Koniec z motywem ia-ora, odziedziczonym w poprzedniej Magei jeszcze po Mandrivie.

Konfiguracja systemu opiera się w całości na graficznych drakach, znanych z Mandrivy. Nie ma podążania za nowościami w formię „ubuntowego” Centrum Oprogramowania. Mamy tradycyjne, solidne urpmi, które osobiście bardzo sobie cenię i uważam, za jeden z najlepszych managerów oprogramowania.

W porównaniu do poprzedniej wersji nieznacznie zmieniła się szata graficzna Centrum Sterowania Mageia, ale układ pozostał znany od lat. Doskonałości się nie zmienia?

Przeglądu oprogramowania dokonuję zgodnie z osobistymi potrzebami i preferencjami. Mamy więc:

Najnowszy Gimp 2.8.0 w wersji z tradycyjnym interfejsem wielookienkowym, który za pomocą dwóch kliknięć możemy zamienić na nowy…

… i nowym jednookienkowym. Nowy Gimp to nie tylko nowy interfejs, ale cały szereg usprawnień (m.in. widoczne na zrzucie nowe suwaki do kontrolowania cech obrazu, a także nowe funkcje).

Mamy też całkiem nowy Digikam 2.6. Kawał dobrego oprogramowania do zarządzania kolekcjami zdjęć, wywoływania RAW i wstępnej obróbki.

Mamy też MyPaint w wersji 1.0 (przypomnę, że w starszej Magei wszystkie te programy były dostępne w mocno przestarzałych wersjach).

Nie działa za to Qgis! Program jest dostępny w najnowszej stabilnej wersji 1.7.4, ale u mnie po prostu się nie uruchamia. Nieładnie…

Niestety w repozytoriach Mandrivy nie ma innych „archeologicznych” programów – SAGA Gis (dobrze działa pod wine) czy Meshlab.

Prawdziwą niespodzianką był dla mnie nowy moduł konfiguracji tabletów Wacom dla KDE:

Mamy okno konfiguracji pióra:

Oraz klawiszy tabletu:

W porównaniu ze starym konfiguratorem nieco się to zmieniło. Wygląda kulturalnie…

Oprócz KDE 4.8.2 mamy też nowy Gnome 3.4, którego kompletnie nie rozumiem…

Bez wątpienia jest to efekt realizacji tendencji do „tabletowania” biurek systemów komputerowych. Co kto lubi, ale ja chyba jestem konserwatystą…

No cóż – rewolucji może nie było, ale jest za to spokojne, ewolucyjne doskonalenie systemu. Życzyłbym sobie jedynie naprawienia Qgis, bo bez niego pracy nie będzie…

PS Niech mi tylko ktoś wyjaśni, jak to jest, że Firefox, w naładowanej nowościami Magei, jest nadal w wersji 10???

OpenSuse 12.1 okiem mym

… czyli okiem osoby, która z ostatnim Susłem miała do czynienia gdzieś w okolicach wersji 10.1, bodajże jeszcze na KDE serii 3. Tym razem w ramach rekompensaty po utracie Mandrivy (podwójnej – oryginalna Mandriva zamieniła się w jakiś rosyjski, błyszczący wynalazek, równolegle powstała nawiązująca do „starych dobrych tradycji” Mageia, a do tego oba systemy przestały startować na MacBooku*) i próby zastąpienia czymś działającym Kubuntu**, postanowiłem sprawdzić jak wygląda nowiutki OpenSUSE 12.1.

W porównaniu do starszych wersji, które pamiętam sprzed lat docenić należy szybkość. Może nie jest to najszybszy linux świata (do niego mu daleko), ale w porównaniu z tym to Suseł reprezentował sobą kilka lat temu mamy wielki postęp. Działa na pewno żwawiej niż Kubuntu (to żadne porównanie, bo Kubuntu nie naddaje się do użytku).

1. Instalacja.

Cóż – tutaj pojawiły się pierwsze schody. Ściągnąłem wersję KDE – trochę się obawiając, bo na wizytówce napisali „Can be installed as is (no upgrade) – cóż to ma znaczyć? Nie będzie aktualizacji? Cały czas nie wiem – może chodzi o to, że nie upgraduje się do nowszej wersji, albo nie da się za jej pomocą zaktualizować starszej? Tak czy inaczej pakiety da się zaktualizować.

Wypaliłem sobie płytkę, wrzuciłem do komputera, włączyłem i… i nic. Nie ruszyła. Zrestartowałem i tym razem zaskoczyła. Przywitał mnie zielony obrazek, a później równie zielony pulpit systemu w trybie Live. Chwilę się pobawiłem i postanowiłem zainstalować go na dysku. Mimo kilku prób nie udało się. System uparcie twierdził, że nie zainstaluje się na zamontowanej partycji (!!!).

Zrestartowałem komputer i tym razem zamiast opcji „Boot from CD” wybrałem bezpośrednią instalację. Poszło. Instalacja przebiegła bez dalszych problemów.

Kicha pierwsza.

2. Konfiguracja sieci.

Po drobnych korektach wyglądu pulpitu (powiększeniu panelu dolnego, który domyślnie stworzono dla krasnoludków dysponujących wadą wzroku w postaci zaawansowanego dalekowidztwa) przystąpiłem do konfiguracji połączenia wi-fi. Suseł ma specjalny graficzny konfigurator „do wszystkiego” – w tym do sieci:

Konfigurator nazywa się YaST. Są tam specjalne odnośniki do konfiguracji połączeń sieciowych. Jednak próba uruchomienia ich wyświetla komunikat, z którego dowiadujemy się, że konfigurację sieci należy przeprowadzić z Network Management na panelu dolnym. Ughmmm… to po co konfiguratory w YaST? Nie wiem…

Na początku okazało się, że sterowniki do MacBookowego AirPorta, czyli Broadcoma nie zainstalowały się automatycznie (no wielka szkoda – w Ubuntu się zainstalowały). Trzeba było wrócić do YaST, uruchomić konfigurator repozytoriów pakietów i zainstalować pakiet broadcom-wl (przez kabel). Po tym zabiegu poszło. Sieć bezprzewodową skonfigurowałem – działała.

Ale tylko do następnego dnia. Dzisiaj rano działać przestała i nie chciała się uruchomić. Koniec – końców pokasowałem wszystkie połączenia w Network Management i zrobiłem to od nowa. Zaskoczyło i działa.

Kicha druga.

3. Polonizacja systemu.

W czasie instalacji wybrałem opcję języka polskiego, ale pozwoliła ona tylko na ustawienie zegara na czas środkowoeuropejski. Instalacja przebiegła w jęz. angielskim. Pakiety z językiem polskim nie ściągnęły się automatycznie później (jak to ma miejsce w Ubuntu). Nie odnalazłem żadnej opcji umożliwiającej automatyczną polonizację systemu. Wszystkie pakiety językowe dla środowiska KDE, LibreOffice i programów gnomowych musiałem ściągnąć sobie ręcznie.

Szczytem wszystkiego była konieczność ręcznej konfiguracji klawiatury. Okazało się, że mimo wyboru polskiej klawiatury nie można było wprowadzać polskich znaków. Okazało się, że oprócz ustawienia klawiatury w YaST trzeba:

Wejść do centrum konfiguracji KDE i wybrać „Input Devices”

W zakładce „Sprzęt” wybrałem klawiaturę Apple, a w zakładce „Układ klawiatury”klikamy „Dodaj”

Wybrałem język „Polish”, układ polski.

Po zatwierdzeniu miałem polską klawiaturę. Takiej szopki nie miałem w żadnej dotąd testowanej dystrybucji linuksa. Choć pewnie w jakiś egzotycznych wynalazkach udałoby się natrafić na podobną. Ale Suseł to distro pretendujące do miana user-friedly i linuksowego mainstreamu!

Kicha trzecia.

4. Kamera internetowa.

Mamy rok 2011 – każdy właściwie laptop na rynku ma kamerę internetową. Nie spodziewałem się, żeby w OpenSUSE mogły z tym być jakieś problemy, zwłaszcza, że chcąc doprowadzić do użytku MacBookowe iSight na Mandrivie używałem właśnie pakietów rpm od Susła. Niestety sterowniki nie zainstalowały się automatycznie. Wybrałem je w YaST i zainstalowałem. I… nie działa.

Szczerze mówiąc nie wiem na razie jak to naprawić. Jak znajdę chwilę czasu to się pobawię. Ostatnimi czasy nie korzystam często z komunikatorów, więc nieszczęścia nie ma ale kicha jest.

Kicha czwarta.

Więcej kichów nie pamiętam. Zobaczymy co jeszcze się objawi. System oferuje nowe pakiety, sporo oprogramowania pojawia się tutaj znacznie szybciej niż na Mandrivę (np programy GISowskie – Qgis czy GRASS). Wydaje się być wystarczająco responsywny. Prawdopodobnie zagości u mnie na dłużej. Trudno jednak polecić go całkowitym nowicjuszom w świecie linuksa. Może się okazać, że ilość dziwnych, nietypowych problemów i niedoróbek zwyczajnie ich zniechęci.

——

*) Prawdopodobnie wiąże się to z jakimś problemem na styku mandrivowego GRUBa, a rEFIt. W każdym razie system nie bootuje, mimo, że do tej pory, przez ponad 2 i pół roku użytkowania kolejnych wersji Mandrivy na MacBooku nie miałem z tym żadnych problemów.

**) No wybaczcie Ubu-fani, ale tego się po prostu nie da używać. Ja może jestem konserwatywny, ale wolę mieć prawdziwe konto administratora, a nie sudo. No i taki Inkscape czy Gimp pod Kubuntu mulą przeraźliwie. Po prostu nie idzie na nich nic zrobić. A ja lubię KDE i nie widzę powodu by z niego rezygnować na rzecz Gnoma czy Unity. Kubuntu, które wykorzystuje hasło Friendly Cmputing jest tak toporne, że bez topora się do niego podejść nie da.

I Mandriva 2011 RC dla porównania

W poprzednim wpisie była Mageia, więc dzisiaj zobaczymy czym będzie mogła się pochwalić jej konkurencja, nadal funkcjonująca pod szyldem Mandrivy. Dostępna jest obecnie wersja RC1, a więc nie w pełni stabilna, ale na tyle już dojrzała by można było sobie wyrobić zdanie o nowym systemie. System można ściągnąć w formie obrazu ISO płyty DVD (1,2 GB).

Splash nowej wersji Mandrivy. Powiedzmy – mocno minimalistyczny…

Instalacja systemu (wersja Live) przebiega całkiem zwyczajnie – kreator jest ściśle analogiczny do znanego z poprzednich wersji. Na pulpicie brak jest jednak skrótu uruchamiającego instalator i trzeba go sobie poszukać w menu. Niby drobiazg, ale nie ułatwia to specjalnie instalacji osobom niedoświadczonym.

Ekran GRUBa. Także bardzo minimalistyczny.

Pulpit nowej Mandrivy. Widoczny autorski motyw Plasmy, ikony, dekorator okien i panel dolny z managerem zadań działającym nieco jak panel z Windows Seven. Wszystko od rosyjskiej firmy ROSAlab. Ocenę estetyki pozostawiam Wam. Mnie się nie podoba, ale na pewno wygląda oryginalnie.

Część autorskich elementów of ROSAlab nadal nie została przetłumaczona i występuje w cyrylicy…

Za to ekran logowania mi się podoba. Na pewno lepiej odpowiada współczesnym trendom niż dotychczasowe domyślne rozwiązanie.

Nowe menu składa się z trzech części: Welcome to pozycja wyświetlająca ostatnio otwierane pliki i odwiedzane miejsca, Applications wyświetla listę programów uporządkowaną w sposób do jakiego Mandriva nas już przyzwyczaiła w poprzednich wydaniach, Timeframe… o nim później…

Domyślnie na panelu znalazły się plasmoidy będące odpowiednikami znanych z MacOSX szufladek…

Timeframe z menu to sposób prezentacji elementów w linii czasu w oparciu o Nepomuka. Fajna rzecz.

I na koniec sprawdzić należy jak wygląda sprawa programów GISowych. Niestety dobrze nie jest – Qgis w wersji 1.5:

***

Cóż – mamy sezon ogórkowy, choć ogórki niemodne z powodu koli, więc nadrabiam braki w temacie linuksowym. Badania rozpoczynam w połowie sierpnia, wiec do tego czasu raczej archeologicznych wpisów nie będzie. W międzyczasie mam do zrobienia sporo zaległości (sprawozdania, teksty etc) i wakacje. Coś z tych wakacji na blogu powinno się pojawić, zwłaszcza, że plany są ciekawe i bardzo, bardzo średniowieczne…

Ach tak – jest jeszcze tradycyjna wizyta na Wolinie, gdzie powinien zostać wygłoszony referat o barbarzyńskich grobach na Pomorzu.

Mageia – miesiąc po „1”

Mageia1 ukazała się dokładnie miesiąc temu, 1 sierpnia. Była zwieńczeniem projektu zaanonsowanego niemal rok temu – stworzenia forka Mandrivy, przez społeczność, która nie ufała już trapionej przez nieustanne problemy finansowe firmie. Po miesiącach prac otrzymaliśmy nowy (stary) system, a w nim najnowsze KDE 4.6.2, stary Gnome 2.32 (zamiast rewolucyjnej, ale nie do końca rewelacyjnej „trójki”, która nie znalazła się nawet w repozytoriach), jądro 2.6.38.7 i LibreOffice zamiast OpenOffice.org (jakże się dziwnie plotą ścieżki OpenSource w ostatnich latach?).

Jak to działa? Zupełnie jak Mandriva. Zaczynamy:

Grafiki są całkiem „schludne” (jakby powiedzieli moi studenci mili), choć teraz trudno o dystrybucje linuksa, które mają w minimalnym nawet stopniu nie zadbałyby o graficzną oprawę (chyba, że debian).

Wstępna konfiguracja wersji LiveCD, będącej dokładnym odpowiednikiem Mandrivy One. Jak widać wszystkie konfiguratory są żywcem przejęte z Mandrivy.

Splash z KDE 4.6. Na dobrą sprawę jedyną modyfikacją jest tutaj tło i napis, w którym stopniowo pojawiają się nowe „kropki” nad logotypem Mageii.

Domyślny pulpit. Widać motyw graficzny z Mandrivy: ia-ora, opracowany bodajże dla wersji 2007 i od tego czasu nieznacznie tylko polerowany. Szczerze mówiąc nigdy go nie lubiłem…

OK. Instalujemy wersję LiveCD.

Cały proces instalacji i konfiguracji jest dobrze znanym wszystkim tym, którzy już mieli jakieś doświadczenia z Mandrivą. Jedyną różnicą są nieco inne motywy graficzne.

Jak w Mandrivie – domyślny motyw GRUBa jest graficzny. Dlatego nigdy nie lubiłem Ubuntu, w którym GRUB zawsze był brzydki i tekstowy…

Po instalacji automatycznie konfigurują się domyślne repozytoria.

… i przechodzimy przez konfigurator. Znów żywcem wzięty z Mandrivy.

Teraz należy tylko zmienić motyw graficzny z ia-ora (którego nie trawię) na Oxygen Air (który lubię). Jak widać twórcy KDE 4.6.2 uraczyli nas ikonkami, które moim zdaniem są krokiem wstecz.

Które jednak na szczęście można zmienić na wersję znaną ze starszych wydań środowiska.

Przez miesiąc uzbierało się niewiele aktualizacji. Albo wydanie było doskonałe, albo twórcy nie mieli czasu i nie mogli się pozbierać. Jak sami informują chodzi raczej o to drugie, co niestety stawia pod znakiem zapytania funkcjonowanie dystrybucji.

Na sam koniec jeszcze Centrum Sterowania – jak widać przeniesione wiernie z Mandrivy, z podmienionym motywem graficznym. Centrum Sterowania ma być tym co uległo największej chyba przebudowie w nadchodzącej Mandrivie 2011. Zobaczymy…

Na koniec sprawdzian: jest GRASS, jest Qgis (niestety w wersji 1.6, podczas gdy tymczasem ukazała się 1.7), jest GDAL 1.8 i PostgreSQL 9.

Czy warto?

To musisz sprawdzić sam(a). Tak na prawdę jest to Mandriva, z podmienionym motywem graficznym i nowszymi wersjami pakietów. Jeśli zależy Ci na nowym KDE, LibreOffice (który przecież można sobie ściągnąć z sieci indywidualnie), nowszym jądrze, to warto. Ale prawdziwe zamiany pojawią się chyba dopiero w planowanej Mandrivie 2011, która powstaje w kooperacji francusko-rosyjskiej (uwaga na hel!).

Polski portal użytkowników Mageii

Mageia na portalu użytkowników Mandrivy

O pożytkach z używania Linuksa

Okazuje się, że internetowe niebezpieczeństwa czyhają na nas wszędzie. Sieć pełna jest niebezpiecznych pułapek – zwodniczych stron, wirusów, backdoorów i trojanów, gangów pishingujących złoczyńców. Oto jeden z przykładów:

Wszystko zaczęło się od niewinnego poszukiwania w sieci materiału ilustracyjnego:

Chęć sprawdzenia co się kryje pod jednym z obrazków spowodowała automatyczne sprowadzenie Firefoksa do paska zadań i pojawienie się komunikatu:

I tutaj mamy problem – platforma systemową z której prowadziłem poszukiwania sieci był Linux (no dobra – specjalnie dla fanatyków: GNU/Linux), a dokładniej Mandriva. W tym systemie oczywiście nie mam programu Windows Security. Po kliknięciu „ok” (lub wyłączeniu okienka – efekt ten sam), główne okno przeglądarki powiększyło się by pokazać proces „skanowania” systemu:

Był on na tyle szybki, bym nie zdążył zrobić zrzutu, ale zaraz po nim pojawiło się okno powyżej. Okazało się, że w moim systemie „wykryto” kilkanaście wirusów. Przeglądarka automatycznie zaproponowała pobieranie programu, który rzekomo miał całą sytuację naprawić.

A teraz przyjrzyjmy się całej sytuacji krytycznie:

1. Zwróćcie uwagę na okno alertu Windows Security. Problemem jest nie tylko to, że takiego programu nie mam na Mandrivie. To po prostu okno Firefoksa (o czym świadczy niewielka ikonka na panelu okna, w lewym górnym rogu).

2. Okno skanowania wykonano dokładnie na wzór okien Windows Explorera z MS Windows XP. W Mandrivie ich odpowiednik to Dolphin z KDE 4 – wygląda zupełnie inaczej.

3. Rzekomo wykryte wirusy znajdują się na dysku C. Na moim komputerze mam utworzone cztery partycje, które w Mandrivie mają zupełnie inne (uniksowe) oznaczenia.

4. Sygnatury wirusów wskazują, że są to (o ile w ogóle takowe gdziekolwiek istnieją) programy opracowane na platformę Windows. Dla Linuksa zupełnie niegroźne.

5. Rzekomy program naprawczy system zaproponował mi uruchomić w środowisku Wine – (nie) emulatorze Windows na systemy uniksopodobne.

6. Całość to oczywiście odpowiednio spreparowana strona internetowa – pułapka założona w sieci, by przekonać internautów do instalowania niebezpiecznego oprogramowania.

Oczywiście w linuksie byłem cały czas zupełnie bezpieczny. Ale wyobraźmy sobie niedoświadczonego i nie zachowującego czujności użytkownika starszych wersji Windows (prawdopodobnie użytkownicy Visty i Seven nie dali by się nabrać z uwagi na różnice w wyglądzie dekoracji okien i Exploratora). Być może pobrałby i uruchomił proponowany program zabezpieczający i w ten sposób zainstalowałby u siebie na komputerze niebezpieczne oprogramowanie (szpiegujące zapewne).

Wniosek: do wyszukiwania, odwiedzania stron potencjalnie niebezpiecznych, surfowania po sieci warto używać linuksa. Tutaj nawet nie chodzi o to, że sam system jest inaczej zaprojektowany co daje generalnie większe bezpieczeństwo niż w Windows, ale jest po prostu nadal mniej popularny, a więc nie jest obiektem zainteresowania internetowych złoczyńców. Można sobie takiego linuksa zainstalować jako drugi system, lub jako maszynę wirtualną, pod jakimś VirtualBoksem i możemy czuć się bezpieczniej.

A o tym, że szperanie po sieci może być przydatne nie muszę nikogo przekonywać. Ot zupełnie niechcący trafiłem na bloga Guya Halsalla – znanego historyka zajmującego się okresem wędrówek ludów, którego książkę właśnie czytam (Warfare and Society in the Barbarian West 450-900)…

Mandriva 2010.0 i MacBook

Mandriva 2010.0 pojawiła się już jakiś czas temu. Rozmaite sprawy, które wydarzyły się w ostatnich tygodniach nie pozwoliły mi na zajęcie się nowym systemem. Szczęśliwie ostatnio udało mi się znaleźć 2 – 3 godzinki wolnego czasu, by go zainstalować. Oczywiście producent reklamuje cały szereg nowości, które pojawiają się w nowej wersji systemu, prawda jest jednak taka, że różnic w stosunku do 2009.1 Spring nie ma zbyt wiele. Nawet główny motyw graficzny tła jest podobny. Ikonki troszkę podpicowano, by były bardziej glossy i bardziej wektorowe. Ale to szczegół. Jeśli nie musisz koniecznie mieć nowszego jądra i OpenOffice 3.1, zamiast 3.0, a do tego system działa Ci dobrze i zainstalowałeś sobie już KDE 4.3 to lepiej daj sobie spokój. Istotnych nowości jest na prawdę niewiele.

Instalację przeprowadzałem na MacBooku, więc nie jest to instalacja typowa (jedna partycja, bez SWAP, który zrobiony został w pliku). Jakie są efekty moich działań?

Negatywy:

– Oczywiście każdy nowy linuks, to kilka niedoróbek. Dla osoby, która wie co z tym zrobić – nie problem. Dla nowych użytkowników bariera nie do pokonania, zniechęcająca do używania Pingwina. Taki na przykład komunikat, który uparcie pojawiał się po instalacji systemu, zachęcający do aktualizacji do „nowszej wersji”, czyli… 2009.1…

– Pojawiły się też inne drobne problemiki – np. sterownik do Air Porta, czyli makowego Wi-Fi Broadcoma nie instaluje się wraz z systemem, a dopiero po wejściu w zakładkę konfiguracji sprzętu, w Centrum Sterowania. Docenić jednak należy, że działa (w wersji 2009.0 były z tym problemy).

– Nie działa kamera iSight. Rozwiązanie jest proste: na rpmpbone trzeba znaleźć pakiety isight-firmware i isight-firmware-tools z OpenSuse. Okazuje się, że po ich ściągnięciu i  instalacji (zaznaczyć wszystkie, prawy klawisz myszy i „instalacja oprogramowania”), wszystko działa:

Nawet nie jest to zielony obraz, jak w wersji 2009.1.

– Dziwnie działa touchpad. Oczywiście wymaga zainstalowania pakietów synaptics i touchfreeze, ale pomimo to nie jest to pełna obsługa: nie działa mi przewijanie multitouch, choć emulacja prawego przycisku myszy funkcjonuje dobrze. Tego problemu jeszcze nie rozwiązałem.

Pozytywy:

– Dobrze działa KDE 4.3. Pakiety są chyba bardziej dopracowane niż wersja 4.3 od zespołu KDE, dla Mdv 2009.1 Spring. Wreszcie Kbluetooth świetnie wykrył moją myszkę od Logitecha, zainstalował ją i obsługuje wszystko (łącznie z kółkiem), a nawet uruchamia ją automatycznie.

– Może było wcześniej, a ja nie zauważyłem – Compiz wspiera teraz lepiej KDE 4, więc pojawiają się takie „wodotryski”, jak podglądy na obrazku poniżej. Ktoś może powiedzieć – mamy przecież efekty natywne z KDE. To prawda, ale nadal są zdecydowanie mniej wydajne, niż Compiz.

Generalnie polecam, choć jeśli starsza wersja działa u Ciebie dobrze, to chyba nie ma sensu…

Moblin UX

Moblin, czyli MOBilny LINux, to nowy projekt OpenSource firmowany przez Intel. Jego zadaniem jest dostarczenie nowej platformy systemowej na popularne ostatnio netbooki i nettopy, zbudowane z wykorzystaniem mobilnych procesorów Atom. Moblin to jądro linuksa i interfejs oparty na GTK+ z wykorzystaniem komponentów XFCE oraz przeglądarki na silniku Gecko.

Wykorzystując mój uniwersalny netbook typu VirtualBox postanowiłem sprawdzić jak się sprawuje cudo, które ma być konkurentem Androida i Windows Seven w wersji na małe laptopy. Okazało się, że nieco różni się to od reklamowego filmiku, prezentowanego powyżej. Ale od początku…

Na stronie projektu znajdziemy odnośniki do ściągnięcia obrazu płyty instalacyjnej Moblina, którą łatwo można zamieścić na pendrivie (w końcu netbooki zwykle nie posiadają napędu CD/DVD). Obraz powinien mieć 680 MB, ale w rzeczywistości ma… 666 MB. Zawiało grozą!

mob1

System można odpalić w trybie Live, lub zainstalować na twardym dysku. Cóż, bądźmy ambitni – wybierzmy instalację.

mob2

Splash systemu jest całkiem sympatyczny. Stylistyka nieco Androidowa…

mob3

Instalator dziwnie przypomina Ubuntu. Liczba języków do wyboru ograniczona. Ambitni wybiorą hindi lub koreański, ja zostałem przy angielskim…

mob4

Klawiatura…

mob5

I ustawienie zegara… no Ubuntu pełną gębą…

mob6

Partycjonowanie jest nieco inne niż w Ubuntu. Wybieramy opcję. Jak widać przewidziano bezproblemową instalację obok istniejącego już systemu.

mob7

I instalacja…

mob8

Konfiguracja ograniczona jest do minimum. I słusznie – zwykły użytkownik nie musi myśleć o roocie czy mechanizmie sudo.

mob9

I koniec instalacji. A później…

mob10

W trakcie bootowania od czasu do czasu pojawia się takie cudo. Ale tylko na chwilkę.

mob11

Interfejs systemu przypomina nieco rozwiązania z telefonów komórkowych lub PDA. W niewielkich monitorach netbooków to chyba całkiem niezłe rozwiązanie. Nie wiem czemu, ale ikony panelu górnego troszkę się u mnie poprzestawiały…

mob12

Mamy kilka gierek, w tym moje ulubione Frozen Bubble. Na VirtualBoksie nie działało zbyt płynnie.

mob13

Przeglądarka, to krewna Firefoksa, a może raczej Fenneca. Interfejs nieco ascetyczny.

mob14

Znalazło się nawet miejsce dla tradycyjnego managera plików. Związki z XFCE (Thunar) są dość czytelne.

Całość raczej słabo responsywna – działa to powoli, ale może przy bezpośredniej instalacji na twardym dysku i rysowaniu ze wsparciem openGL (popularne w netbookach są karty graficzne Intela) zadziała lepiej.

Aha – próba zainstalowania dodatków VB się nie powiodła. Brak kompilatora. Na instalację komponentów ze źródeł nie mam czasu. Ale pewnie się da, w końcu jądro to zwykły linux.