Życzenia

Wszystkim czytelnikom i zagubionym w sieci podróżnikom, którzy trafili tutaj zupełnie przypadkiem, życzę wszystkiego najlepszego w te Święta Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego Roku 2018.

Reklamy

Zimbabwe – fauna

W zeszłym roku były zdjęcia zwierzaków z rezerwatu Nakuru w Kenii, dzisiaj z prywatnego rezerwatu koło Victoria Falls oraz kilku innych miejsc w Zimbabwe, gdzie akurat udało mi się coś „ustrzelić”.

Najpopularniejsze w okolicy Impale. To akurat dziewczynki i młode…

Urocze zwierzątka…

Dla impalowych chłopców życie to niekończąca się walka, w której rywalizują o miejsce w hierarchii. Jak wśród ludzi…

A jak się nazywa taka nakrapiana antylopa?

Żyrafa.

Tutaj z ptakiem na głowie. To podobno dość dorosły osobnik. Znaczy się – ta żyrafa (ten żyraf) jest dorosła, a nawet dość stara. A ptak to nie wiem…

Żyrafy mają piękne oczy, z długimi rzęsami, niczym u kobiety…

Tutaj razem z zebrami. Scena niczym z obrazka z Biblii dla dzieci,..

Trochę zebrzej erotyki…

Głuźce

To zadek mangusty…

A to zadek bawoła…

Pawian. Dzieci w Zimbabwe przezywają się mianem tego zwierzaka…

I słonie u wodopoju. Jak widać – chłopcy…

A tu kąpiel piaskowa…

Marabuty

A to krokodyl. Trochę słabo widać, ale jest tam…

Kolejne pytanie do znawców – ja się zowie taki wiewiór?

A to hipopotam… No dobra, czubek jego głowy. Nie wylazł przez dobre 15-20 minut. Dłużej czekać nie mogliśmy.

Tutaj już zupełnie malutki przykład miejscowej fauny.

Mistrzyni kung-fu.

i mistrz kamuflażu.

I znów nie udało się natrafić na lwa i lamparta. Znów nie było wielkiej piątki…

W Zimbabwe bez zmian

W ostatnich dniach cały świat żył wydarzeniami w Zimbabwe. Wojskowy przewrót doprowadził do rezygnacji prezydenta Roberta Mugabe, który rządził tym krajem od uzyskania niepodległości w 1980 roku. Telewizja pokazywała nam obrazki wojskowych pojazdów na ulicach oraz cieszących się z wojskowej interwencji tłumów. Słyszeliśmy o nadziejach, jakie wiążą się ze zmianą prezydenta i z niepokojem oglądaliśmy mężczyzn w mundurach, z bronią w rękach, patrolujących ulice. W końcu to Afryka, z jej tradycją krwawych przewrotów, której symbolem są maczety i karabin Kałasznikowa.

Tymczasem na prowincji Zimbabwe, o której nie słyszeliśmy zbyt wiele w telewizyjnych przekazach, życie dalej szło swoją drogą. Gdyby nie to, że policyjnym kontrolom na drogach towarzyszyli żołnierze, nikt nie zauważyłby żadnej zmiany. A zmiana była. Pilnowani przez wojskowych policjanci, przestali łupić obywateli kraju z nieustannych łapówek…

Targ w miejscowości Marondera.

Targ w Marondera.

Targ w Marondera. Kobiety w Zimbabwe nie mają lekko.

Targ w Marondera.

Sprzedawczyni grillowanej kukurydzy na targu w Marondera.

Zmęczony dzieciak, na targu w Marondera. Jego mama handluje bananami.

Producentka mioteł przy straganie w Marondera.

Popularny środek transportu na prowincji w Zimbabwe – zaprzęg liczy sobie zwykle 2 do 4 osłów.

Birchenough Bridge – o długości 378 metrów, zbudowany w 1935 r. Pozostałość po czasach kolonialnych a jednocześnie jeden z najciekawszych zabytków industrialnej epoki w Zimbabwe i całej Afryce…

Dziś już nieco zaniedbany – samochody ciężarowe nie mają prawa na niego wjeżdżać, a ruch innych pojazdów odbywa się wahadłowo. Na pierwszym planie odpowiednik kenijskich matatu czy znanych z krajów poradzieckich marszrutek, niewielki bus przewożący ludzi, zwany tutaj combi.

Inna wersja zaprzęgu – tym razem ciągnięta przez woły.

Widok białego z aparatem na prowincji nie jest częsty, wzbudza więc sensację. O ile w Harare mieszkańcy zaraz podejrzewają, że jesteś reporterem i często są niechętni robieniu zdjęć (koniecznie trzeba o to pytać), to tutaj sami pozują. Jak ten pasażer prywatnego samochodu. Ruch samochodów prywatnych na prowincji nie jest zbyt nasilony. Za to ciężarówki i autobusy przejeżdżają przez wioski z prędkością ponad 100 km/h trąbiąc przy tym aż nazbyt intensywnie.

Droga wiejska w miejscowości Matezwa.

Najpopularniejszym środkiem transportu pozostają nogi. Zwłaszcza kobiet. Chyba ani razu nie widziałem objuczonego mężczyzny. Panie natomiast noszą dzieci, zakupy i wodę ze studni. Spróbujcie przenieść 20 litrowe wiaderko na głowie – tam robią to 8 letnie dziewczynki.

Matezwa – dom.

Tradycyjne okrągłe chaty, lepianki lub wykonane ze słabo wypalonej gliny są powszechnie spotykane.

Dzieciaki – zawsze ciekawskie i otwarte.

Pokazują, że można się bawić bez laptopów, tabletów i telefonów komórkowych. Nawet bez klocków lego.

Buty są na prowincji luksusem. Do grania w piłkę często się je zdejmuje, by nie zniszczyć.

A na boisku żwir, kamienie, kawałki cegieł i dziury. Jakim cudem nie łamią nóg i nie ranią stóp? Nie wiem…

Ten chłopiec trzyma w rękach patyk z przywiązanymi myszami i opiera się o motykę. Jeśli masz w Zimbabwe dość jedzenia sadzy (rodzaj gęstej kaszy z mąki kukurydzianej, odpowiednik znanej mi z Kenii ugali) z warzywami, idziesz za wioskę by motyką rozkopać mysie nory. Myszy się następnie smaży lub gotuje, robiąc z nich rodzaj relishu – gęstego sosu, który nada inny smak sadzy.

Kobieta z dzieckiem w Matezwa.

Wiejska droga w Matezwa.

I znów najtańszy i najbardziej powszechny środek transportu towarów w Zimbabwe – kobieta.

Zimbabwe ma jeden z najmniejszych w Afryce współczynników analfabetyzmu. Są tu publiczne szkoły, dostępne dla każdego. Niestety niedofinansowane z powodu trwającego od lat kryzysu ekonomicznego. Mimo to umiejące czytać i pisać oraz znające angielski dzieciaki, są największą nadzieją dla tego kraju.

Ciąg dalszy nastąpi.